Dobre style, żadne bohomazy

Nie jestem w tej kwestii ekspertem i nie zamierzam na takiego pozować, ale tegoroczny marzec wydaje się dla polskiego graffiti naprawdę dobry. Najpierw Betclic Studios pokazało dokument o Looneyu (słuchacze znają go raczej jako Rybę), legendarnym trójmiejskim writerze, obecnie już nobilitowanym artyście. Potem dolnośląski didżej i producent Creon złożył malującym hołd poprzez nerwowy, drapieżny, mocno elektroniczny utwór instrumentalny „For All Bombers” (chodzi oczywiście o bombardujących miasta swoimi pracami). Klip do niego jest jak spacer po świetnej wirtualnej galerii ulicznych dzieł. W międzyczasie ekipa SNC zaanonsowała trailerem drugą część filmu „Steel Never Clean”.

Looney to nie tylko ubogacone ściany i pociągi. Kiedy poznał się z Kearem na jamie graffiti w Elblągu, panowie założyli zespół Deluks – jak sami twierdzą pierwszy hip-hopowy skład w Trójmieście. W blisko półgodzinnym filmie Dawida Napierały wybrzmiewa syk sprayu, klekot deskorolki, a także anegdoty o szwach i rodzicach odbierających z komisariatu. Rektor gdańskiej ASP przyznaje, że lubi pomalowane wagony. Oprócz tego słyszymy muzykę, m.in. słynne „Graffiti”, gdzie na podkładzie Waco połączone są siły Deluksów i Kosiego z warszawskiego JWP. To spotkanie nie było oczywiste, bo reprezentanci północy i centrum preferowali inne style i nie szczędzili sobie uszczypliwości. Ścieżkę dźwiękową wzbogaca też „Jak nie my to kto”. Do Ryby i Keara prócz didżejów dołącza tam RDW, pionier z gdyńskiej Analogii. Srebrny Mołotow niech pokrywa szarą powierzchnię – rymuje, nawiązując do znanego producenta farb z zachodu.

Wśród wielu ksywek osób malujących, wymienionych w napisach na koniec klipu DJ-a Creona jest Kear. Kosiego (w tej dziedzinie tworzącego jako Josk) akurat nie ma, melduje się za to wszędobylski Ero (Eros). Chcesz wiedzieć co się dzieje na styku rapu i graffiti? Patrz u kogo występuje ta dwójka, która z pasji do graffiti nagrała płytę „BlackBook” z funkcjonującym jako manifest „Hymnem Writerów” (utwór z Merdem z Dobrego Towaru, kadrowego zaplecza głośnego PRO8L3Mu). Kosi pojawił się na przykład w „Graffiti” Szopeena, tworzącego raczej w nowoszkolnej estetyce. Ero zaszczycił surowe, hardkorowe „Ha ha ha” wydanej w Prosto grupy Official Vandal.

„My to przy nich z Erosem jesteśmy writerzy z YouTube’a (…) Zrobiliśmy swoje ściany i pociągi ale nigdy nie mieliśmy aspiracji, żeby być bomberami, sku**ielami, co się napier**lają z ochroną. A chłopaki to najgrubsze przygody mają – cała Europa zbombiona, wszystkie systemy (…) To są kolesie, co od**bali pańszczyznę na takim poziomie sk**wiałym, co już o patologię i niziny społeczne się ociera. Bo graffiti to ciężki kawałek chleba, ciężkie życie, stres, stres straszny” – mówił Kosi w artykule Filipa Kalinowskiego.

Ten stres i uzależnienie od adrenaliny u rapujących writerów słychać. G2E, śląski heros bombingu (US Crew!), jest za mikrofonem równie agresywny, chaotyczny i wulgarny niezależnie od tego, czy ma u boku swoją macierzystą ekipę Tuwandaal/Tewu, Jokę z Kalibra 44, czy nawijającego godką Wu. Wrocławskie EN57 czy białostocczanin Lukasyno przypominają komandosów gniewnie raportujących z misji. Onek 87 w „Reprezentuj siebie” nawet nie ukrywa, że widzi się jako wandal nie artysta. Szczecinianin Tony Jazzu i poznaniak Mrokas są nieco łagodniejsi, bo w grę wchodzi nieco jamajskiego zaśpiewu, a ich numery mają funkcję informacyjno-edukacyjną, opisują historię lokalnych scen z perspektywy pionierów, a także naocznych świadków. Ale i tak jest szorstko.

W układance miast brakuje tego, które wydaje się naturalnym kandydatem, upadłą, wyludnioną postprzemysłową metropolią pilnie potrzebującą koloru. Mowa o Łodzi. Kiedy ruszył hip-hop, mocno ruszyło i graffiti, rapowała ekipa NTK, rapował Meis i Tosa z PSB. Tuzy. „Patrząc na małolatów często wątpię, że z następnym rokiem pojawią się jeszcze ludzie gotowi wziąć udział w sztafecie graffiti: mimo to cały czas znajdują się nowi zawodnicy, którzy pokazują nam, że jesteśmy coraz starsi” – pisał Lego w łódzkim rozdziale „Graffiti Goes East 1990-2012”, najważniejszego książkowego wydawnictwa poświęconego zagadnieniu (i promowanego świetnym numerem „Bomber” z motto dla nas miłość, dla nich ściek z flamastra).

Lego wątpił niepotrzebnie. Nie pamiętam tak mocnego łódzkiego numeru o malowaniu jak „600ml” składu Jalapeno042/Blady/Tuwim/Rimes. Kiedy zasypia miasto, ja nie mogę zasnąć, dla równowagi potrzebny mi hardcore – rymuje jeden z panów. I rzuca wymowne niemiecki Mołotow, nie chiński mefedron.  Bit, sam w sobie dość wrogi, traktowany jest łokciem, kolanem.

Tuwim nie boi się funku, swoją wrażliwość ma, ale i tak po wcześniej wymienionych wykonawcach pojawiła się u mnie potrzeba potraktowania graffiti bardziej swobodnie, sportowo, hiphopowo. Tak zrobił w „Podnieś puszkę” elblążanin VNM i warszawiak W.E.N.A. – to popis formy (z litanią ksywek na koniec). Przypomniało mi się jak patrzyłem na film „Szarańcza – locust”, writerzy robili pociągi, a częstochowianin Sensi nawijał o młodych poetach wielkich miast. I to był dobry trop. Poprowadził mnie do Alchemii, w której wraz z Sensim rapuje Matis, zaś ten pierwszy obwieszcza w kawałku „Writerze”: nawet nie wiesz, że jestem artystą miejskim / wychodzisz z domu, to wchodzisz do mojej galerii. Niedługo potem DJ Lem przejmuje numer.

Somp, kolejny z creonowego klipu „For All Bombers”, ma hardkorową przeszłość, niemniej imponująco dojrzał, zostając kimś na kształ miejskiego wolnomyśliciela. Jego nagrany z Oerem (patrz m.in. Bisz) „Trołap” nie jest tylko o rzeczonej wrzucie, bo stworzona jest tu cała analogia graffiti – życie. W „Psst psst” tarnowianina Kity bębny biją staroszkolnie, boom-bapowo, a metaforyka wojenna, np. front walki ze Służbą Ochrony Kolei, ustępuje miejsca słowom takim jak pasja, satysfakcja, podziw. Rapowanie jest trochę tym, czym malowanie graffiti – zabawą literami.

Otwierające nagranie terenowe z „Ciągnij te kreski” młodego wtedy bardzo, stołecznego duetu Echo, przeszło do historii. Napisz sobie matce na dywanie! Chcesz kopa dostać?! – awanturuje się obywatelka, miłośniczka niepokalanej elewacji. Mamo, uspokój się – tonuje rodzicielkę zażenowany dzieciak. A writerzy? Będzie ładnie! – zapewniają rozczulająco. Mamy zostawić nieskończone? – pytają. To odsyła do Deluksów z Kosim i wersów Na ch**u se namaluj słyszałem wiele razy / dobre style, żadne bohomazy!. I do tego, o czym napomyka w dokumencie Ryba/Looney – że ściany czy blachy to był wtedy ten względnie bezpieczny (dla buntujących się i otoczenia) sposób kontestowania postkomunistycznej szarości – wizualnej, mentalnej, moralnej.

– Graffiti było czymś nowym względem obowiązującej wówczas w Polsce rzeczywistości. Razem z hip-hopem dało nam coś kompletnie ajawkowego. Nie wiem, czy będąc nastolatkiem dziś zacząłbym robić graffiti albo rap. Nie mam pojęcia – mówił mi w 2017 roku Kosi w wywiadzie dla Gazety Magnetofonowej.

I to by była zacna klamra, niemniej tekst (i playlista) potrzebuję jeszcze jednego bohatera. Nim po Warszawie można było chodzić po tagach JWP szalał tam taki jeden, który potem uchodził za symbol komercji i kontrowersji, a wtedy dawał innym writerski przykład, a przy okazji imponował stylem. Mowa o Tede. Daj sobie spokój, po co robić zamęt / odłóż tą klamę, weź do ręki flamek – to jeden z jego lepszych refrenów. Większe boom niż boom gospodarczy. Drwina z Liroya, szacunek dla wymienianych malujących, choćby BTK, DNS, DOT.

Wykorzystana na otwarcie praca Looneya pochodzi z jego oficjalnego profilu FB. Wszystkie opisywane utwory znajdziecie na playliście poniżej, ułożonej od najnowszego do najstarszego. Warto nie tylko słuchać (owszem, niekiedy będzie ciężko), ale i patrzeć. Temat jest zaledwie liźnięty.